Od kilku lat walczę z moimi włosami. Niestety, na
własne życzenie i z głupoty, z kiedyś pięknych, grubych i zdrowych włosów,
zafundowałam sobie rewelacyjne sianko na głowie. I dopiero wtedy doceniłam to,
co miałam. Ale co robić, skoro mleko się już wylało. Włosy zniszczyłam tak, że
w zasadzie mogłam je tylko obciąć na chłopczycę. Nie zrobiłam tego. Zacisnęłam
zęby i starałam się nie patrzeć w lustro. Odstawiłam w kąt suszarkę
(prostownicy i lokówki nie używałam właściwie nigdy) i zainteresowałam się
kosmetykami do włosów. Postanowiłam ratować to, co mi zostało, a zarazem
zapuścić zdrowe i piękne włosy.
Jednym z kosmetyków, które pomogły mi przetrwać 1,5
roku z przesuszonymi kudełkami był balsam nawilżająco-regenerujący ‘Z apteczki
babuni’ Joanny.
Długo zwlekałam z zakupem, obawiając się używania
odżywek bez spłukiwania. Byłam przekonana, że będę mieć po nich oklapnięte,
szybko przetłuszczające się włosy. Jakże się myliłam!!! Moje mocno zniszczone
włosy po użyciu balsamu dały się bez problemu rozczesać także za pomocą
zwykłego grzebienia. Nawet, jeśli po umyciu włosów nie użyłam maseczki/odżywki
do spłukiwania, sam balsam radził sobie więcej, niż zadowalająco. Co
ważniejsze, trudno było ‘przedobrzyć’ z ilością nakładanego kosmetyku.
Jakość - dla mnie rewelacyjna. Nie spodziewałam się tak
dobrego efektu. Nie sądziłam, aby balsam (czy cokolwiek innego) był w stanie
zregenerować moje mocno zniszczone farbowaniem/rozjaśnianiem i trwałą ondulacją
włosy. Przesuszonym końcówkom nic, poza nożyczkami, nie jest w stanie pomóc.
Jednak włosy po użyciu balsamu wyglądały o niebo lepiej, prawie jakby nie były
zniszczone wcześniej wymienionymi zabiegami.
Zapach – rzecz gustu. Określiłabym go jako średnio
intensywny, słodkawy, lekko chemiczny. Ogólnie przyjemny i utrzymujący się na
włosach przez co najmniej kilka godzin, a czasem do kolejnego mycia.
Konsystencja – rzadka, trochę wodnista, lejąca się. Dla
mnie plus. Łatwo było wydobyć balsam z butelki i nałożyć równomiernie na włosy.
Mimo wodnistości, nie spływał i zostawał na włosach, a nie na bluzce.
Efekt – swobodne rozczesywanie włosów, miękkość, zdrowy
wygląd. Część włosów, która miała przygodę z trwałą ondulacją, po użyciu
balsamu uzyskała piękny, dość trwały skręt, intensywniejszy niż bezpośrednio po
zabiegu. Włosy były obciążone, ale nie klapnięte. Zapominam o kłopotach z
puszeniem i elektryzowaniem włosów.
Mogę śmiało powiedzieć, że balsam ten (do spółki z
serum Marion) uchronił mnie przed radykalnym obcięciem włosów.
A jak u Was sprawdził się ten balsam? Czy podobnie jak
ja, jesteście zadowolone?
Pozdrawiam serdecznie
KatVenea
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz