Książki

sobota, 8 kwietnia 2017

Siła makijażu

Nie maluję się od prawie 2 lat. Ale jak trafiam na taki filmik, to zaczynam się zastanawiać, czy może jednak się nie złamać ... ;)

Widziałyście?



sobota, 1 kwietnia 2017

Hobbit i LOTR - czyli jak to jest wrócić po latach do Tolkiena

Kocham LOTR Tolkiena. Uwielbiam. Mogę otworzyć jeden z 3 tomów w dowolnym miejscu i zacząć czytać - 5 stron do przodu, potem 40 do tyłu. Potem dokończyć "Dwie wieże" i wrócić do "Drużyny pierścienia". Zakończyć czytaniem "Powrotu króla", a w międzyczasie otworzyć "Hobbita". Trzydziesty raz w życiu. I zawsze sprawia mi to ogromną przyjemność. 

Nawiązując do powyższego - ostatnio zrobiłam sobie totalny chillout weekend, czyli od piątkowego wieczoru do niedzielnego popołudnia nie robiłam w zasadzie nic produktywnego. Za to obejrzałam dwie trylogie Jacksona - Hobbita i LOTR w wersji reżyserskiej. I muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem. Żeby nie było - wszystkie te filmy widziałam (kilkukrotnie) wcześniej - zarówno w kinie, jak i w tv. Z tym, że LOTR tylko w wersji krótszej - kinowej. Reżyserską zobaczyłam pierwszy raz. I to właśnie ona zrobiła na mnie największe wrażenie. 

O "Hobbicie" nie będę się rozpisywać. Jakiej grubości jest książeczka, każdy zaznajomiony z Tolkienem wie. Peter Jackson zrobił z niej trzy długie filmy. Fakt, dorzucił sporo materiału spoza książki, co uważam za wielki plus. Inaczej dłużyzny byłyby nie do zniesienia. Ale oglądałam wszystko z ogromną przyjemnością. Zdjęcia, muzyka,... Cudo wizualne :) I (nie)stety głównie reklama turystyczna- choć skuteczna. Aż chciało się kupić bilet do Nowej Zelandii i lecieć choćby w tej chwili. Co nie zmienia faktu, że serię obejrzę jeszcze nie raz. Przynajmniej dla samych Martina Freemana i Benedict Cumberbatcha.



Jeśli chodzi o "Władcę pierścieni", to nie czepiam się (za bardzo), że film odbiega od książki. Nie będę kłamać - Faramira do dziś dnia nie mogę darować, ale pozostałe skróty myślowe, przemilczenia lub pominięcia jestem w stanie zrozumieć. Jednak przedłużenie każdego z filmów o prawie godzinę naprawdę dało dużo dobrego. Wiele scen, brutalnie pociętych do wersji kinowej, w końcu zaczęło mieć sens. Dialogi nabrały zupełnie innego, nowego znaczenia. Wyjaśniły się różne sceny i nawiązania. Niby widziałam te filmy przynajmniej dziesiąty raz, a czułam się, jakbym oglądała je po raz pierwszy. Nie mogłam oderwać się od ekranu. 
Polecam obejrzeć, zwłaszcza tym, którym wersja kinowa średnio przypadła do gustu. 

A ja zapewne zrobię powtórkę z tych wszystkich filmów przy najbliższej okazji :)

* zdjęcia pochodzą z przypadkowych linków w wyszukiwarce Google. Jeśli masz prawa autorskie - napisz, a usunę zdjęcia.

niedziela, 26 marca 2017

Kilka słów o glutenie, czyli aktualizacja do wpisu "Walka o gładką cerę - czyli jak można się zdziwić kilkanaście lat po maturze"

Minęły prawie 2 lata od wpisu dotyczącego mojej walki o gładką cerę. Nie mam w tej chwili weny na rozpisywanie się, ale podsumowując tamten wpis w kilku słowach - plan się nie sprawdził: 

1.     przez najbliższe 1,5 tygodnia (czyli urlop) zapominam o czymś takim, jak makijaż - od tego czasu umalowałam się może 5 razy
2.     skupiam się na oczyszczaniu i nawilżaniu cery - średnio wyszło, choć kupując kosmetyki, nadal zwracam uwagę na ich funkcje nawilżające
3.     3 razy dziennie używam toniku - tia.... kto ma na to czas?
4.     regularnie 2 lub 3 x w tygodniu stosuję maseczki i peelingi - ekh... pomińmy ten punkt milczeniem ;)
5.     nie dotykam twarzy (czyli nie podpieram brody na dłoni podczas czytania czy oglądania filmów itp.) i nie drapię żadnych skórek (!!!) - z tym bywa różnie i nie mam przekonania, czy ma bezpośredni wpływ na moją cerę

Miesiąc po tym wpisie trafiłam do rewelacyjnej Pani doktor endokrynolog, która poza modyfikacją sposobu leczenia tarczycy, zaproponowała mi też rewolucję w sposobie odżywiania. Zastosowałam się do jej zaleceń w 100%. W efekcie w ciągu pierwszych 4 tygodni schudłam 10 kg (rzecz nie do pomyślenia przy niedoczynności tarczycy), a łącznie w pół roku 25 kg. Jestem przekonana, że dieta, którą zastosowałam, miała bezpośredni wpływ także na cerę. Tak więc zminimalizowanie spożywania
  • glutenu
  • laktozy
  • cukrów (wszelkich, także słodzików)
sprawiło, że znowu mogłam się cieszyć promienną i gładką cerą.
Dodatkowo zasmakowałam w herbatce pokrzywowej :) Włosy też ją polubiły.


Od kilku miesięcy nie jestem już tak radykalna w diecie i widzę, że ma to bezpośredni wpływ na wygląd skóry (na samopoczucie także). To daje nową motywację do powrotu do 'czystego' jedzenia. Może trochę dziwnego (co wielokrotnie usłyszałam), ale jeśli czułam się dobrze, miałam dobre wyniki badań, a samopoczucie i wygląd tylko to potwierdzały, to nie mam więcej pytań i wątpliwości. 

wtorek, 9 czerwca 2015

Walka o gładką cerę - czyli jak można się zdziwić kilkanaście lat po maturze

Dopadło mnie coś, czego się już w moim wieku (;)) nie spodziewałam – trądzik. Owszem, w wieku nastoletnim miałam etapy, gdy cera wyglądała średnio atrakcyjnie, ale nigdy nie było tak, abym musiała korzystać z pomocy kosmetyczki czy dermatologa. Później było lepiej, choć też nie idealnie. Do bezproblemowego pokazania się publicznie wystarczył makijaż – śrendniopółkowy podkład oraz korektor radziły sobie z drobnymi krostami i zaczerwienieniem. Myślałam, że temat mam opracowany i nie czekają mnie już żadne niespodzianki w tym zakresie. Jak bardzo się myliłam ;)

Od mniej więcej 3 miesięcy bujam się z klasycznym wysypem trądziku na połowie żuchwy, brodzie i policzku. Czoło też nie jest w najlepszym stanie. Miałam nadzieję (złudną), że to chwilowe, może reakcja alergiczna na nowy krem do twarzy (możliwe, że zaszkodził Anida Pharmacy - krem odżywczo regenerujący z olejkiem arganowym) lub coś w tym stylu. Niestety, minęły kolejne tygodnie, a stan cery się nie poprawił. Od długiego weekendu nie malowałam się i w ciągu tych kilku dni od dwóch bliskich osób usłyszałam pytania, co mnie tak uczuliło i sugestie, czy nie planuję wizyty u dermatologa. Stwierdziłam, że mam dość i muszę coś z tym zrobić. Rozpoczęłam od rachunku sumienia i niestety, ale nie wyszedł on najlepiej. Mój dotychczasowy sposób dbania o cerę był – delikatnie mówić – tragiczny. Szczegóły pominę milczeniem, bo aż wstyd się przyznać, jak mało w tym zakresie robiłam. Postanowiłam się poprawić i sprawdzić, czy 2-4 tygodnie intensywnej pielęgnacji wpłyną pozytywnie na stan twarzy. Jeśli nie, to rzeczywiście zapiszę się do dermatologa, ale mam nadzieję, że jednak nie będzie to konieczne. Trochę poczytałam, poszperałam po blogach i przeczesałam własne zasoby kosmetyczne.

Efektem powyższego jest następujący plan:
  • przez najbliższe 1,5 tygodnia (czyli urlop) zapominam o czymś takim, jak makijaż
  • skupiam się na oczyszczaniu i nawilżaniu cery
  • 3 razy dziennie używam toniku
  • regularnie 2 lub 3 x w tygodniu stosuję maseczki i peelingi
  • nie dotykam twarzy (czyli nie podpieram brody na dłoni podczas czytania czy oglądania filmów itp.) i nie drapię żadnych skórek (!!!)


W celu zapewnienia potrzebnych materiałów, sprawdziłam, co już posiadam, a co powinnam dokupić, i udałam się wczoraj na zakupy do drogerii. W efekcie mam półkę zapełnioną poniższymi kosmetykami:




oczyszczanie:
  • Synergen, krem do mycia twarzy, 150 ml 7,49 zł
  • powyższy z dodatkiem 1-2 łyżeczek cukru to świetny domowy peeling

 










płyn miceralny
  • Ziaja, płyn micelarny dla skóry wrażliwej, 200 ml – 8,49 zł – zapas własny, który chcę skończyć w pierwszej kolejności
  • Bielenda, Biotechnologia Ciekłokrystaliczna 7D, nawilżający płyn micelarny do mycia i demakijażu 3w1, 200 ml 7,99 zł


tonizowanie:
  • Clean&Clear, głęboko oczyszczający tonik, 200 ml 12,39 zł – została odrobina, z którą się męczę od dość dawna – nie lubię go i już ;)
  • Rival de Loop, tonik pielęgnacyjny do twarzy, 200 ml – 3,49 zł




nawilżanie
  • Alterra, krem pielęgnacyjny, granat BIO, 50 ml 8,49 zł
  • Rival de Loop, Hydro, Nachtcreme – około 8,00 zł w promocji

Na zdjęciu także krem Anida, który podejrzewam o pogorszenie stanu cery.







    maseczki / peelingi - około 2,70 - 3,00 zł
  • Bielenda, Professional Formula, Peeling drobnoziarnisty
  • Bielenda, Professional Formula, Enzymatyczny peeling dotleniający
  • Bielenda, Ogórek & Limonka, Maseczka głęboko oczyszczająca (krok 1)  oraz intensywnie nawilżająca (krok 2)
  • Dax Cosmetics, Perfecta Beauty Mask, Maseczka na twarz, szyję i dekolt głęboko nawilżająca
  • Rival de Loop, Pure Skin, Maseczka oczyszczająca
  • Rival de Loop, Klarende Maske Gurkenextrakt & Bisabolol (Maseczka rozświetlająca)
  • Rival De Loop, Hydro Frische Pflegemaske (Maseczka z kwasem hialuronowym)










Zahaczyłam też o aptekę, gdzie kupiłam maść Tribiotic. Po czasie zastanawiam się, czy była dobra decyzja. Po przeczytaniu ewentualnych skutków ubocznych mam duże wątpliwości, czy ją zastosować. Na razie zrobiłam tylko próbę uczuleniową, która wypadła pomyślnie.








Przy robieniu listy zakupów zainteresowała mnie też seria Ziaja Liście Manuka, niestety, jest przeznaczona do cery normalnej, tłustej i mieszanej. Moja sucha i wrażliwa cera raczej się z nią nie polubi. Ale lubię polskie firmy kosmetyczne, więc mam w planach przyjrzeć się bliżej innym produktom zarówno Zaji jak i Bielendy czy Kolastyny (ta już nie jest polska).


Za jakiś czas dam znać, jakie efekty przyniosła nowa pielęgnacja.


Może Wy macie wypróbowane kosmetyki, zwłaszcza dla cery suchej i wrażliwej?




niedziela, 31 maja 2015

Venita - henna color - balsam koloryzujący z ekstraktem z henny - kasztan nr. 14

Z farbowaniem włosów - zarówno w domu jak i w salonie fryzjerskim - mam do czynienia od prawie 15 lat. Wypróbowałam na sobie, siostrze i mamie przeróżne szamponetki i farby - różnych firm, w różnych formach nakładania (pianki, maski, mieszanki z utleniaczem), różnych kolorów (od blondów, przez czerwienie i rudości, kasztanowe brązy po prawie czarne). Często mieszałam też kolory - zawsze uzyskując pożądany efekt. Naprawdę czuję się w temacie farb całkiem dobrze zorientowana. Dlatego tak bardzo jestem zawiedziona efektem, który uzyskałam za pomocą Venita - henna color - balsam koloryzujący z ekstraktem z henny - kasztan nr 14 na włosach mamy.





Dodatkowo kolejny raz przekonałam się, że warto przed zakupem czegoś, co wpadnie w oko, zajrzeć do internetu i poczytać recenzje (oczywiście z założeniem, że zawsze znajdzie się pewien procent zarówno tych zachwyconych, jak i tych 'na nie'). Nie zrobiłam tego. Cóż, nauczka na przyszłość ;)




Na opakowaniu balsamu jest napisane 'henna', ale z tego, co wyczytałam na forach dziewczyn hennujących włosy, balsam ten niewiele ma wspólnego z prawdziwą henną. I na całe szczęście :) Przynajmniej jest nadzieja, że po kilku myciach (podobno po 8) kolor wypłucze się z włosów i pozwoli zafarbować je inną farbą, ale bez przykrych niespodzianek.








Poniżej efekt farbowania. Aparat nie złapał dobrze odcieni, ale w praktyce są to ciemny brąz wpadający w oberżynę oraz jasny brąz z zółtym refleksem.




Pierwsza sprawa - nie polecam do farbowania siwych włosów. A już na pewno nie do siwych, farbowanych wcześniej chemiczną farbą. Po raz pierwszy spotkałam się z efektem totalnie nierównomiernego pokrycia włosów. Część włosa, która była jeszcze pokryta farbą, złapała na ciemny brąz, a siwe odrosty na jasny brąz z żółtym odcieniem. Wygląda to naprawdę nieciekawie. A widoczne jest zwłaszcza w słońcu. 



Jeśli jednak nie macie siwych włosów, lub są to tylko pojedyncze pasemka - balsam może być dobrym wyborem np na pierwszą przygodę z farbowaniem (jeśli faktycznie będzie wypłukiwać się z włosów - co sprawdzę dopiero za kilka dni). 





Niewątpliwymi zaletami produktu są:
  • niska cena - około 8 zł za tubkę, która powinna wystarczyć na średnio gęste włosy do ramion
  • duży wybór kolorów i odcieni
  • przyjemy zapach
  • gęsta konsystencja - nie spływa z włosów
  • wizualny efekt odżywienia włosów - są miękkie i bardzo błyszczące

plus / minus
  • szybko wypłukuje się z włosów (wg opinii na forach)

Minusy:
  • słabe krycie siwych włosów
  • niepewny efekt końcowy koloru


Są nikłe szanse, abym sięgnęła ponownie po powyższy produkt. Choć oczywiście 'nigdy nie mów nigdy', prawda? W tej chwili mamie nie pozostało nic innego, jak codziennie myć włosy, a ja poszukam farby, która uratuje sytuację. 








piątek, 22 maja 2015

Projekt #skakanka# - tydzień 1 i tydzień 2 / + playlista do treningu

Zostałam zmotywowana do ćwiczeń. W końcu ;) O powodach tej decyzji może napiszę innym razem. Za to poniżej możecie przeczytać moje notatki treningowe z ostatnich dwóch tygodni.


Kupiłam w Decathlonie skakankę - zwykłą, jedną z tańszych. Ze wszystkich możliwych kategorii, które można przypisać temu prostemu przyrządowi sportowemu, były ważne dwie rzeczy: skakanka ma być na łożyskach oraz ma mieć regulację długości. Wybrałam ten model:





Zapłaciłam niecało 20 zł (chyba 19,99 zł tak dokładnie). Skakanka naprawdę jest warta tych pieniędzy. Idealnie chodzi, nie plącze się, jest o wiele szybsza od sznurkowej.


Poniżej relacja z majowych treningów:

dzień 1 - 09.05.2015 - sobota
Auuuuuł... Skakanie boso (no.. w skarpetkach) to nie był najlepszy pomysł. Po kolejnym, nastym uderzeniu skakanką w palce stóp, miałam dość, Obiektywnie rzecz biorąc, to skakało się całkiem nieźle. Pierwsza seria była na siłowni (thx Asiu). Dlatego nie mam pojęcia, ile czasu skakałam. Naprawdę, nie potrafię określić, czy były to 3 minuty, czy 15 minut. Asia cały czas coś opowiadała - bo rozmową nie nazwałabym mojego wydyszanego co jakiś czas 'aha', 'naprawdę' i 'hyyyy..' ;) 
Po powrocie do domu stwierdziłam, że nie może być tak, że nie wiem, ile skakałam. Więc, skoro tego nie wiem, to zrobię 'trening' jeszcze raz. Nie weszłam nawet do domu. Na schodach położyłam plecak, wyjęłam telefon i włączyłam na głośnik poniższy kawałek - wersja, którą mam, trwa dokładnie 5 minut. Wierzcie mi - to było najdłuższe 5 minut tego roku ;)
Teraz, po kilkunastu minutach od powrotu do domu, bolą mnie łydki i ramiona (!!!).

Muse - Uprising


dzień 2 - 10.05.2015 - niedziela
Czas treningu - 0 minut. Powód - wybory prezydenckie. Kto kiedyś pracował w OKW, wie, dlaczego nie miałam ani sił, ani ochoty na jakikolwiek trening.
Aha.. wieczorem zaczęły boleć mnie ramiona. Spodziewałam się zakwasów na łydkach. A tu taka niespodzianka.

dzień 3 - 11.05.2015 - poniedziałek
Zwlekałam cały wieczór z wyjściem na trening. Ponieważ obiadokolację zjadłam koło 19.00, stwierdziłam, że poskakać pójdę o 21.45. Minęła 22.20, a ja dalej siedziałam przed komputerem. W końcu kopnęłam samą siebie w pewną część ciała i wyszłam z domu. W drzwiach mnie cofnęło, bo okazało się, że faktycznie są 'ogrodnicy' i noc jest po prostu potwornie zimna. A ja ubrana w dres i bluzę. Trznąchnęło mną jakbym miała febrę. Już miałam zrezygnować, ale (!!!) uznałam, że to głupota. Najpierw oficjalnie zobowiązałam się na blogu dziewczyn Fabryka codzienności do skakania, a teraz z powodu niskiej temperatury rezygnuję? No way!!! Włączyłam muzykę, zagryzłam zęby i zaczęłam skakać. Po 1,5 minuty pomyślałam "Zimno??? Jakie zimno??? Gorąco jest!!!". 
Podstawowym założeniem było wyskakanie 5 minut. Tyle, żeby się rozgrzać. A skakało mi się tak dobrze, że wyskakałam 12 minut. Przy pierwszej piosence - skoki obunóż, przy drugiej przeskakiwałam z nogi na nogę, przy trzeciej mieszałam obie metody. I jestem z siebie bardzo zadowolona. Fajnie jest pokonać swojego małego lenia :)

Awolnation - Sail

Jason Walker - Echo

Fall Out Boy - The Phoenix




dzień 4 - 12.05.2015 - wtorek
Miałam dziś stresujący dzień, więc wieczorny trening cardio był idealnym odstresowywaczem. Dla odmiany po wczorajszym przymarzaniu, na dworze było ciepło, około 16 st.C. Czułam się trochę zmęczona, i bolały mnie łydki. Ale postanowiłam jeszcze dać z siebie trochę energii i wyskakać 10 minut (tyle zaplanowałam), a jutro zrobić przerwę. Cóż, w pewnym sensie nie wykonałam planu ;) Po pokonaniu pierwszego bólu i rozgrzaniu mięśni, trening zmienił się w przyjemną zabawę. W efekcie wyskakałam łącznie około 22 minut. Kiedy zaczęłam potykać się co drugi skok, uznałam, że na tym zakończę. Nie chciało mi się wracać do domu, więc jeszcze przez kilka minut porozciągałam mięśnie i ścięgna, zrobiłam trochę wymachów i skłonów. Kiedy oddech i tętno wróciły do normy, i zaczęło się robić chłodno, w końcu zakończyłam ćwiczenia.
Jeśli jutro będę się czuć bardzo zmęczona, robię dzień bez treningu. Jak nie, to jeszcze zrobię jutro sesję skakankową, a odpocznę w czwartek.

Dziś skakałam przy:

Panic! At The Disco - Let's kill tonight

\
metal version cover - Toxic (Britney Spears)


The White Stripes - Sevent Nation Army (The Glitch Mob Remix)


Joann Jett and The Blackhearts - I love rock'n roll



Boyce Avenue - Fuc*in' Perfect (Pink cover) 



Linkin Park - Castle of Glass

dzień 5 - 13.05.2015 - środa
Jestem ciekawa, kiedy sąsiedzi mnie pogonią. Bo kolejny dzień z rzędu katuję przez dłuższy czas te same piosenki. Całkiem dobrze się przy nich skacze, co widać po dzisiejszym wyniku - całe 30 minut. Nie było łatwo, ale zaparłam się, że nie chcę wyskakać mniej, niż wczoraj. I udało się, choć ostatnie 10 minut było jedną wielką walką - ze skakanką, bolącymi łydkami i ogólnym uczuciem zmęczenia. Ale dałam radę.

dzień 6 - 14.05.2015 - czwartek
40 minut - chyba byłam zbyt zmęczona, by robić notatki.


dzień 7 - 15.05.2015 - piątek
50 minut. Zmotywowałam się do tak długiego skakania, na dodatek trzeci dzień z rzędu, bo wiem, że na pewno jutro nie będę trenować. I prawdopodobnie w niedzielę też nie dam rady.  Ale w końcu nie samą pracą i treningami człowiek żyje. Wybywam na weekend na podlasie.Choć wiem, że godziny spędzone za kierownicą dadzą mi się we znaki, mam też nadzieję na spędzenie przyjemnego czasu z rodzinką.

dzień 8 - 16.05.2015 - sobota
Weekend wyjazdowy - 0 minut. Za to po raz pierwszy od kilku lat spędziłam wieczór przy ognisku. I wiecie co, było super :) Jednak grill nie ma takiego uroku, jak płonące szczapy drewna.

dzień 9 - 17.05.2015 - niedziela
Treningu nie było. Po przejechaniu niby niewielu, bo raptem 150 kilometrów, byłam padnięta. Nie lubię prowadzić samochodu w godzinach, gdy wszyscy wracają z weekendów. Wyprzedzanie 'na trzeciego' doprowadza mnie do szału. I wciskanie się na siłę, wymuszanie pierwszeństwa i inne grzechy polskich kierowców. Dlatego po wstawieniu samochodu do garażu padłam jak ścięta lilija. Dosłownie - zakręciłam się w koc i poszłam spać. O treningu nie mogło być mowy. Na upartego owszem, mogłam się zmusić do tych 20 minut, ale uznałam, że jak mam udawać, że skaczę i robić to na pół gwizdka, to już lepiej było sobie darować i przynajmniej się wyspać..

dzień 10  - 18.05.2015 - poniedziałek
Po dwóch dniach przerwy nie było mowy o wymówkach. Cały wieczór biłam się z myślami - wyjść poskakać, czy dać sobie spokój. W końcu o 22.00 stwierdziłam, że nie ma zmiłuj. Skoro się publicznie zobligowałam do treningów, to teraz trzeba dotrzymać słowa. Naprawdę mi się nie chciało. I mimo to wyskakałam 30 minut. Lekko też zmodyfikowałam ścieżkę dźwiękową. Do playlisty dołączyli:

Fun - We are young



Thirty Second to Mars - This is war




dzień 11  - 19.05.2015 - wtorek
Powietrze ciężkie i burzowe. Ledwo oddychałam, a po powrocie z pracy czułam, że nie kontaktuję z rzeczywistością. Nie rozumiałam, co się do mnie mówi. Wieczór, jak w niedzielę, zakończyłam wczesnym pójściem spać. Nic na siłę.

dzień 12  - 20.05.2015 - środa
Nieciekawej pogody ciąg dalszy. Cały dzień chodziły burzowe chmury. Powietrze było tak ciężkie, że aż trudno było oddychać. Na szczęście wieczorem przeszła porządna burza, z rewelacyjnymi piorunami. Zastanawiałam się, czy znowu nie będę mieć przymusowej przerwy, ale jednak nie. Po wyładowaniach powietrze zrobiło się w końcu rześkie i można było wyjść na trening. Nie spodziewałam się, że uda mi się zrobić rekord - bez większego problemu wyskakałam całe 60 minut. A przez cały czas treningu obserwowałam wyładowania atmosferyczne w chmurach. Dobrze, że pioruny nie uderzały już w ziemię, bo wtedy chyba bym uciekła do domu.

Kolejne piosenki do paylisty treningowej:

Indila - Dernière Danse


The Cab - Angel With a Shotgun

The Black Eyed Peas - Pump It

dzień 13  - 21.05.2015 - czwartek
Przyznaję - z pełną premedytacją zrobiłam sobie dzień bez treningu. Tak więc dziś 0 minut skakania Bo chciałam posiedzieć przy komputerze i obejrzeć ostatni odcinek 10 sezonu Supernatural. I wsiąkłam zupełnie w 'Wiedźmina 3 - Dziki Gon' (niestety, tylko oglądam nagrania na youtube - mój komputer nie odpaliłby nawet Wiedźmina 1 :( ) Mimo to myślę, że po wczorajszej godzinie skakania ten dzień wolnego bardzo się przyda. Nie mam może zakwasów, ale ogólnie czuję się trochę zmęczona.

dzień 14  - 22.05.2015 - piątek
Zakończyłam drugi tydzień regularnego skakania. Dzisiejszy trening rozpoczęłam przy przepięknym zachodzie słońca.





A zakończyłam ponad 40 minut później, w prawie zupełnych ciemnościach.


Jeszcze dwa kawałki do playlisty:
Hozier - Take Me To Church



W planach miałam też wypróbować skalpel Chodakowskiej, ale przyznaję - nie mam już na to siły.Cóż, może po weekendzie uda się coś więcej w tym temacie zrobić.


Co mogę powiedzieć po tych dwóch tygodniach? Że czuję się bardzo dobrze. Lepiej śpię, jestem mniej zestresowana. Zauważyłam też, że zmieniła się moja dieta. Zupełnie nieświadomie, bez planowania, poprawiłam jakość posiłków, równocześnie zmniejszając spożycie słodyczy. Mam też poczucie, że w końcu zaczęłam robić coś dla siebie - coś, co za kilka miesięcy przyniesie dobre efekty.


Jak widać - wpis kilometrowej długości. Jeśli jesteście ciekawi notatek po kolejnych treningach - dajcie znać. Mnie - to przyznaję - motywowała do treningów obiecana  dziewczynom z Fabryki Codzienności relacja z efektów ćwiczeń.

wtorek, 12 maja 2015

Promocja -49% w Rossmann

Nie zaszalałam na promocji w Rossmannie. Całe zakupy ograniczyły się do poniższych produktów - niekoniecznie związanych z promocją. Ale skoro już byłam w sklepie, to kupiłam kilka innych rzeczy, które od jakiegoś czasu za mną chodziły.


Pierwsze podejście do zakupów skończyło się na nowym tuszu do rzęs Rimmel Scandaleyes. Jeszcze go nie otwierałam (i mam nadzieję, że nikt inny tego w sklepie nie robił), bo tusz poczeka jeszcze chwilę, aż skończę używane obecnie Astor i Maybelline. 

Dodatkowo kupiłam kolczyki - sztyfty. W jednym uchu mam 3 kolczyki, a ponieważ całe dotychczasowe życie nosiłam srebro, to po ostatniej zmianie na złoto okazało się, że nie mam pasujących sztyftów, które mogłabym 'dołożyć'. Dlatego kupiłam ten zestaw. 






Drugie zakupy i nowe nabytki. Tym razem poszłam kupić konkretną rzecz - lakier Rimmel. W planach był 60 sekund, w kolorze cielistym, różowym lub innym w typie nude. Kolor trafiłam fajny - 408 peachella - cielisty brzoskwiniowy róż. Ale mam wątpliwości, czy lakier jest z serii 60 sek, bo nie ma takiego napisu na opakowaniu.

Z serii 'paznokciowej' kupiłam też żel do skórek Sally Hansen. Mimo, że obecnie używanego opakowania mam jeszcze blisko połowę, uznałam, że promocyjna cena jest na tyle kusząca, że szkoda nie skorzystać. A żel jest naprawdę rewelacyjny, do tego stopnia, że nawet nie myślę o szukaniu tańszego zamiennika.






Poniżej zakupy dodatkowe, których nie planowałam. Ponieważ od dłuższego czasu mam problem z bardzo suchą cerą, szukam kremu, który sobie z tym poradzi. Zdecydowałam się na dwa kremy. Krem na dzień/na noc Alterry kupiłamponieważ mam zaufanie do tej marki ze względu na ich włosowe kosmetyki. Drugi krem na noc Rival de Loop trafił do koszyka, bo wpadł mi pod rękę ;) 























Ostatnia rzecz to silikonowe gumki do włosów For Your Beauty. Kupiłam czarne, choć w planach miałam bezbarwne. Niestety, tych nie było, Mam nadzieję, że czarne też nie będą zbyt widoczne na włosach. Zresztą nie jest to ważne, bo przy moim tempie gubienia wszelkich dodatków do włosów, tych 60 sztuk też pewnie szybko zniknie. Ale tak to jest, jak się w każdej torebce, w każdej kosmetyczce i każdej kieszeni kurtki i marynarki nosi po kilka frotek i wsuwek ;) Długowłose wiedzą, o czym mowa.





















A jak Wasze zakupy? Skusiłyście się na coś?